ksiega gosci

2008
wrzesień
sierpień
lipiec



Nasz blues

Jeden wieczór. Jeden moment. Jedna piosenka. Jeden blues - nasz blues. Ostatnie chwile razem...

"Już zapada zmierzch
w głowie cichnie szum
padam ze zmęczenia
lecz nie zaznam snu
którą to noc już
spać mi nie da polski blues


Przecież wszystko mam
co pragnęłam mieć
co na koniec świata
zapędziło mnie
więc dlaczego znów
przyszedł do mnie polski blues


Miałem dobry dzień
lecz nie cieszę się
i pojęcia nie mam
czemu mi tak źle
czemu nawet tu
przyszedł za mną polski blues


Choćbym chciała to
po co wracać mam
nie będę u siebie
ni tu ani tam
i na zawsze już
będzie ze mną polski blues"

- Nocna Zmiana Bluesa

like-a-rolling-stone 2008-09-07 21:35:55
skomentuj (1)
Always be mine?

We were as one babe
For a moment in time
And it seemed everlasting
That you would always be mine

Now you want to be free
So I'm letting you fly
Cause I know in my heart
Our love will never die
No!

You'll always be a part of me
I'm a part of you indefinitely
Don't you know you can't escape me
Cause you'll always be my baby
And we'll linger on
Time can't erase a feeling this strong
No way you're never gonna shake me
Cause you'll always be my baby

I ain't gonna cry no
And I won't beg you to stay
If you're determined to leave
I will not stand in your way
But inevitably you'll be back again
Cause ya know in your heart
Our love will never end no
...
David Cook




like-a-rolling-stone 2008-09-06 22:38:09
skomentuj (0)
Szpital

Pewna rozmowa natchnęła mnie do opisania mojego pobytu w szpitalu jako pacjentki. Swoją drogą, ciekawa perspektywa - zobaczyć to z tej drugiej strony.

Jak tylko zjawiłam się w szpitalu, kazali mi pójść na salę obserwacyjną i przebrać się w piżamę. Grzecznie zrobiłam, co trzeba. Zmierzyli mi ciśnienie - mój osobisty rekord: 161/90 :) Widać stres był. Potem przyszedł dr P., spisał, co trzeba i poszłam na badania. Nigdy więcej nie dam oddziałowej się kłuć. Co prawda żyły mam kiepskie, ale takiego sińca po pobraniu krwi to jeszcze nie uświadczyłam. Trzy razy się kobita wkłuwała. Miałam szczęście - dostałam małą salę, dwójeczkę. Obok mnie leżała pewna starsza pani, która mnie rozwaliła podejściem do operacji:
Pani X: (podpisując zgodę na zabieg): No i wydałam na siebie wyrok!
Bach z powrotem na łóżko i zaczyna się zwijać z bólu. Że niby taki nagły atak... Pielęgniarki już wiedziały, że udawała, więc żółta tableteczka i po sprawie. Warto dodać, że pani X miała iść na pęcherzyk żółciowy. I to laparoskopowo. No, ale starsze panie już tak mają.
Bardziej szkoda zrobiło mi się małej dziewczynki. Właśnie miała iść na zabieg - komplikacje po złamaniu ręki, dwa razy miała operacyjnie łamaną, składali i teraz znowu... Mała strasznie się bała. Leżało maleństwo w tym wielkim łóżku i płakało, że nie chce iść na operację. Aż mnie coś w żołądku ścisnęło. Pojechała na blok, a jej mama w ryk. Przez 1,5 godziny musiałam ją uspokajać. Nie mogła usiąść w spokoju. W sumie się  nie dziwię, nacierpiało się dziecko. Ale mała wróciła po operacji uśmiechnięta, zadowolona, że po wszystkim, nawet nie zauważyła, jak już było po wszystkim.

Przychodzi pielęgniarka i mówi do mnie, żeby się przebierać (te okropne niebieskie wdzianka...), bo zaraz będzie zabieg. No i w tym momenciestres się zaczął. Położyłam się na łóżku i czekam. Czekam. To jest najgorsze. W końcu przyszli po mnie. Jadąc na blok, wpatrywałam się w te wszystkie światełka nade mną - jednak na filmach z tym nie przesadzają, tak to wygląda od strony pacjenta. Dojechaliśmy, gdzie trzeba. Przywitałam się z panią anestezjolog - bardzo sympatyczna babka, tłumaczyła mi wszystko, odpowiadała namoje głupie pytania i chciała mi zaliczać praktyki ;p Podpisałam, co trzeba, założyli mi wenflon i czekałam, aż kroplówka się skończy. Wreszcie wjechałam na salę operacyjną - zbyt zielono jak dla mnie ;) A tak btw stół operacyjny jest bardzo wygodny, tak przyjemnie się dostosowuje do ciała. Mogłabym mieć taki w domu. Przywiązują mnie do stołu (że niby chciałam uciekać?), rozstawiają nogi jak do porodu, zakładają mankiet na nogę (operacja w niedokrwieniu), w żyłę atropina i fentanyl. Głęboko oddycham, pani dr ze mną rozmawia, żartuje, ja zamiast się skupić na oddychaniu, zaczynam się śmiać. Pytają się mnie, czy kręci mi się w głowie. Ja na to, że nie. Widać twarda sztuka ze mnie ;p Ale po chwili zaczęła mi lampa po suficie uciekać i to ostatnia rzecz jaką pamiętam :)

Wybudzam się. Myślę: o jak fajnie, już po. Nic nie widzę, ale słyszę głosy. Czułam jak wyciągają mi rurkę intubacyjną - fu! Okropności... Nagle krzyczą, żeby głęboko oddychać, coś zaczyna pikać. Myślę, o co im chodzi, przecież oddycham. A może nie? I tak wtedy nie kojarzyłam :)

Następna rzeczą jaką pamiętam jest to, jak wieźli mnie do pooperacyjnej. Wtedy pierwszy raz otworzyłam oczy, ale tylko na chwilę, bo nie miała siły. I tam zaczęłam zadawać masę pytań (coś mi chyba mózg obciążyło), co dostaję, ile, dlaczego, co mam na nodze (jakoś podejrzanie ciężka była). Pomijając fakt, że prawie mówić nie mogłam po tej całej intubacji. Operacja trwała 3 godziny. Leżę sobie pod monitorkiem - tym razem w sali za dużo niebieskiego :) Jakiś pan po prawej stronie też pika. No i kurcze, strasznie nudno tam było. Zdążyłam nauczyć się na pamięć wszystkich moich parametrów. Potem zaczęłam bawić się saturacją ;p Jak wstrzymywałam oddech na jakiś czas to spadała do 98 ;) A jak głęboko oddychałam to wyskakiwało eleganckie 100. Czułam się świetnie. "Taka operacja to luzik" - myślałam. Parę minut później przekilinałam swoje słowa.

Zdążyłam tylko wycedzić przez zęby: "niedobrze muiiii...". I chlust. Zbiegło się ileś osób. Bach, głowa na bok, akcja z kroplówką - ciekawie się zrobiło. Jaka naiwna byłam, myśląc, że to ostatnie rzyganie...
2 dni się męczyłam. Jedna wielka masakra. Całą noc myślałam, jak to ludzie na chemii mają przerąbane... Połowy z tego nie pamiętam. Spałam i rzygałam. Kojarzę tylko poszczególne momenty. Np. to jak pan obok zaczął wariować i do niego strzelali. Leki mi nie pomagały. Zapomniałam nawet przez to wszystko o nodze. Przez następne kilka dni dostawałam "żarcie" w żyłę. Raz dostałam rano kluski na mleku, które po chwili prawie wylądowały na dr P. w trakcie obchodu. Mój organizm był wyjątkowo nieposłuszny.

Kiedy skończyły się dolegliwości żołądkowe, zaczęły się jazdy z kolanem. Ketonal moim najlepszym przyjacielem. Zaklinam się, nie doświadczyłam nic gorszego, jak ściąganie płynu ze stawu. A ponoć jestem odporna na ból. Jak tylko usłyszałam od
dra: "Igłę 12, proszę", wiedziałam, że to nie będzie przyjemne... Następnego dnia robiłam WSZYSTKO, żeby drugi raz mi tego szkaradztwa w nogę nie wbijał. Wykonywałam wszystkie ćwiczenia, od rana do wieczora. Powiodło się.
Tylko, cholera, dzień później okazało się, że orteza się źle wygięła i płyn się w kolanie zebrał. Pierwszy raz myślałam, że zemdleję. Nie na sam widok. To akurat nie problem, mogę patrzeć i nic mi się nie robi. Na myśl o tym okropnym uczuciu. Najgorszym wrogom bym tego nie życzyła... No ale jakoś poszło. Potem zdjęli mi dreny i dwa szwy.

Niezmiernie rozbawił mnie pewien pan z sali obok i jego rozmowa z pielęgniarką:
Pan X: "Ja chcę tą czerwoną tabletkę"
Pielęgniarka: "Ale pan już dzisiaj dostał"
Pan X: "Dostałem niebieską, ale ja chcę czerwoną"
Pielęgniarka: "No dobrze, to niech pan odda niebieską."
Pan X: "Nie oddam. Chcę niebieską i czerwoną"

Szóstego dnia mogłam normalnie wstać do łazienki. To była męczarnia. Noga to myślałam, że mi odpadnie, ręce też, że nie dojdę, że stanę przez przypadek na to kolano. Czyli płacz i zgrzytanie zębów. Przy życiu trzymała mnie tylko myśl, że z dnia na dzień będzie coraz lepiej. Ale ja się czułam jak narkoman. Rano 3 kroplówki, potem Clexane w brzuch, w dzień Ketonal i antybiotyk, a wieczorem znowu kroplówka. Pielęgniarki wspominam naprawdę bardzo dobrze. Ale była taka jedna. Jak przychodziła z zastrzykiem to chciałam uciekać. Później już jej zabierałam strzykawę i sama robiłam. Jakoś w końcu nauczyłam się chodzić o tych kulach, to mnie wreszcie wypisali. Akurat zaczynały się wakacje, to mieli pełno roboty. Chirurgia jest obok SORu, to się nasłuchałam. Szpital koło miejscowości wypoczynkowej, więc zwożą dużo skoków do wody i pijanych nurków.

Z mojego pobytu w szpitalu zapamiętam dużo rzeczy:
- sikanie do basenu,
- dzwonienie po pielęgniarkę w środku nocy, kiedy nikt nie przychodzi,
- że wymiotowanie na pracowników służby zdrowia to norma,
- wciskający się w plecy materac łóżka, kiedy nie możesz przewrócić się na bok,
- co to znaczy, umieć dobrze zrobić zastrzyk,
- upały w środku nocy,
- całodobowe wpatrywanie się w sufit,
- mycie się w łóżku,
- jak wiele znaczy uśmiech na twarzy lekarza,
- i że miło, jak od czasu do czasu ktoś z tobą porozmawia...

I mimo swej lakoniczności - cenne to doświadczenia...

like-a-rolling-stone 2008-09-03 18:47:31
skomentuj (0)
Do celu

Ostatnio P. zabrał mnie do Kazimierza :) Kocham to miasteczko. Najpierw były wąwozy, potem obiad na rynku, spacer nad Wisłą i przeurocza knajpka ze świetną muzyką i kameralnym nastrojem. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie burza, które nieomal nas złapała (koło Betanek ;p). I te pamiętne chwile na Górze Trzech Krzyży... Dziękuję :)

Tymczasem u P. w pracy zadyma. Jego wielce szanowny "Jedyny Słuszny Fizjoterapeuta" kolega podsyła swoich prywatnych pacjentów BEZ skierowania i wymaga od innych, żeby z nimi ćwiczyli... R. się wkurzyła (słusznie) i zrobiła jedną wielką rozróbę, jak to ona, kobieta z jajem, potrafi. Tak się pożarli, że P. musiał sam zająć się wszystkimi pacjentami z sali. Akurat ruch był. Miarka się przebrała, jak mały dzieciak (pacjent Jedynego Słusznego Fizjoterapeuty) zaczął ryczeć, bo mu oczywiście źle podwieszki ustawił. Też, niestety, miałam okazję doświadczyć tego na własnej nodze. P. się wnerwił, rzucił wszystko i wydarł się na cwaniaka, że mu dzieciak płacze, a ten nawet palcem nie kiwnie... No ja rozumiem, że można być idiotą, ale żeby tak się pacjentami bawić to mi się pod czupryną nie mieści. I jeszcze miał pretensje do P., że za długo z pacjentami ćwiczy. Nie dość, że odwala harówa za niego i pół oddziału to jeszcze będzie mu tłumaczył 5 lat studiów. Bo przecież ON nie patrzy na to, że najpierw trzeba np. rękę rozćwiczyć i dopiero zgięcie ustawiać. ON ustawia od razu 90st. i nieważne, że pacjenta boli...

U mnie rehabilitacja do przodu. Zgiecie do 100 i po schodach zaczynam wchodzić. Gorzej ze schodzeniem, ale przynajmniej to nie jest to, co było 2 miesiące temu. Czyli kalectwo totalne. Teraz tylko ćwiczyć zginacze i będzie dobrze.

A z tych pozytywnych rzeczy, to ostatnio znowu nocka z dziewczętami ;) Tym razem zakończyła się dla mnie pomyślnie. No, może poza tym, że o 5 nad ranem Misza (kot K.) miał problem i wskakiwał mi na głowę. K. stwierdziła, że jakieś złe fluidy wytwarzam :/ Normalnie się mnie kocur przyczepił i nie chciał zejść. Do tej pory nikt nie wie, o co mu chodziło.

Koleżanka z rekolekcji jedzie na misję do Tanzanii. I tym sposobem (oraz dzięki J.) ten temat znów do mnie wrócił. Wolontariat. Misje. I czas potrzebny na przygotowania... Ale najpierw Pliszczyn - o ile się uda. Po woli, małymi krokami. Aby do celu.

like-a-rolling-stone 2008-09-03 17:01:50
skomentuj (0)
Can this day suck more?...

Ten dzień przejdzie do historii. Miał mnie ojciec zawieźć na rehabilitację. Okazało się, że mama zabrała samochód. Zostało 10 minut do zabiegów i nijak nie mogłam zdążyć autobusem. Dzwonię po mamę. Przyjeżdża. Wsiadam do samochodu. Kluczyki się zgubiły. Dojechałam do szpitala z 20-minutowym spóźnieniem. Biegnę do windy. Wsiadam. Jadę. Winda się zatrzymuje. Jedzie z powrotem na dół. Co do... Trudno, wspinam się po schodach. Doczłapałam jakoś na drugie piętro. Biegnę, w dość specyficznym tego słowa znaczeniu, na kinezyterapię. Daję skierowanie. I z racji swojego spóźnienia muszę czekać pół godziny na swoją kolejkę. I w trakcie tego czekania przypomniało mi się, że zapomniałam o gazie na prądy. Żeby tego wszystkiego było mało, minęłam się na korytarzy z Pewnym Panem, z którym miałam się spotkać. I dupa. Tyle powiem.

A teraz coś z zupełnie innej beczki... Szpitalna winda. No to jest jeżdżący absurd. A wydawałoby się, że to urządzenie takie proste w obsłudze. I tak np. chcąc jechać na 2. piętro wciskamy 1. Jadąc na parter, wciskamy -1. Czy jadąc na 1. piętro z 2. piętra wciskamy 0? Tak podpowiada logika. Otóż nie. Wciskamy ponownie 1. Odpowiedź jest prosta: ta winda nie podlega prawom fizyki. To chyba jakiś portal do równoległej rzeczywistości...

Poza tym, w wyniku postępującego odmóżdżenia, zaczęłam nazywać rzeczy nie po polsku: nie mogłam zdjąć spodniów, znalazłam pieśń na Triduum Paschalskie i mieszkałam w domie. Do widzenia.

like-a-rolling-stone 2008-08-27 00:22:27
skomentuj (0)
Do przodu

Wielkie dni nadchodzą niespodziewanie. Bawię się w nieznaną grę, która pewnie nie znajdzie odpowiedniego zakończenia, ale zasady mi się podobają. Wczorajszej nocy ognicho u M. i urodziny J. ;* Jednak dobrze jest mieć szczerych ludzi przy sobie.

Kolejna wizyta u lekarza. No i wreszcie doktor zadowolony! Jeszcze go nie widziałam tak rozpromienionego. Cieszy się z tej mojej nogi, jakby to jego była :) Widać, że kocha tę robotę. Kolejne skierowanie na zabiegi i od poniedziałku znowu... ekhm, na tym zakończę. W głowie tylko jazz organ i Tony Monaco :)

Szykuje się integracja z rokiem. Ludzie się zaczynają zgrywać i to mi się podoba :D

Niezmiernie urokliwe są starsze panie na rehabilitacji:
-Pani się położy na prawy bok.
-Ale ja nie mogę, bo mnie boli.
-Jak się pani położy, to będę mógł podwiesić pani nogę, żeby mogła pani ćwiczyć.
-Ja nie będę tak ćwiczyć, bo mnie kolano tak strasznie boli, że siedzieć nie mogę. (kobita siedzi na leżance i macha nogami)
-Ale pani ma tak na skierowaniu napisane.
-Pan się w ogóle nie zna! Pan nie rozumie, że ja cierpię!
-Pani patrzy na tą panią obok! Ona jest po ciężkiej operacji i jakoś daje radę!
(tutaj wtrąca się inna fizjoterapeutka)
-P.! Nie krzycz na pacjentów!
-Co nie krzycz? Chcesz tu przyjść?! Chcesz?!
(w tym momencie leżałam)

Moja rozmowa z P.:
-Puszczę Cię do domu, żebyś na mnie nie krzyczała, że tu życie tracisz ;)
-Ale ja się tu wcale nie nudzę :)
-Ty powinnaś na imprezy latać, a nie tu leżeć.
-No tak, potaaańczę sobie...
-Oj tam, potańczysz. Rękami :))))

P.S. Chodzę już bez kuli :) To dzięki pewnej osobie... A dzisiaj cały dzień depresja, bo siatkarze przegrali... :(

like-a-rolling-stone 2008-08-20 11:57:03
skomentuj (2)
Darfur

Wkurza mnie Tybet. A właściwie cała ta medialna propaganda wokół niego. I całe rzesze protestujących z napisami "Kocham Tybet", którzy przed igrzyskami nie mieli bladego pojęcia o konflikcie na Wschodzie. Uważam, że Chiny nigdy nie powinny dostać prawa organizowania igrzysk i jestem za przywróceniem przepisu o zakazie uczestnictwa w następnej olimpiadzie państw, które nie przestrzegały reguły "świętego czasu" i zawieszenia broni. Ale jestem przeciwna masowym wiecom z kolorowymi napisami, które odejdą w zapomnienie, kiedy tylko temat się znudzi, a ci sami ludzie wrócą do pracy na chińskich komputerach, ubrani w chińskie podkoszulki. Nie, nie mam nic przeciwko otwartej walce o prawa człowieka. Nie, nie mam nic przeciwko protestom, które mają poparcie w czynach poszczególnych osób i nie są pustą manifestacją, usprawiedliwiającą własne grzechy i dającą poczucie oczyszczenia sumienia.
Darfur jest miejscem największej klęski humanitarnej na świecie. Po konflikcie w Rwandzie ONZ zapowiedział, że już nigdy nie pozwoli, żeby w jakimś kraju dokonywano jawnego ludobójstwa. Teraz, wszelkie ich rezolucje ma głęboko w poważaniu sudański rząd, który bombarduje własne wioski, wysadza ciężarówki z pomocą humanitarną, uprowadza wolontariuszy i nasyła dżandżawidów na sudańskie kobiety z misją oczyszczenia ich krwi poprzez gwałty i mordowanie ich mężów. Mówią, że kobiety Ludu Fur są brudne. I jeśli je zgwałcą, to przynajmniej ich dzieci będą "czyste". Tak się działo podczas II wojny światowej. Darfur umiera. Brakuje wody, dzieci, jeśli dożyją do drugiego roku życia, piją wodę z kałuży. Kobiety, z narażeniem życia, wychodzą po drewno, wiedząc, że będą prawdopodobnie zgwałcone. Nie pierwszy raz. Wiele osób nigdy w życiu nie widziało lekarza. A ci, jeśli się już pojawiają, nie mogą wiele zrobić. Tam ludzie nie mają siły protestować. Są wypędzani z domów i zamieszkują w obozach po środku pustyni jako IDP (Internally Displaced Persons). Nie mają nawet praw uchodźców. Kiedy polscy żołnierze wyjeżdżali z misją do Czadu, relacjonowano, jakie to straszne miejsce, niebezpieczne. Parę kilometrów na wschód stamtąd, w Darfurze, to miejsce jawi się jako raj.
Zanim więc włożycie kolorowe koszulki z napisem "Tybet", zastanówcie się, co można zrobić, żeby w rzeczywisty sposób wpłynąć na sytuację w krajach, w których łamie się prawa człowieka. Ta cała akcja przeminie. Może coś dobrego z tego wyniknie, mam taką nadzieję. Ale, błagam, nie bądźmy tymi sprawiedliwymi tylko od wielkiego dzwonu. Warto zaangażować się w coś długotrwałego. I nie można milczeć. Dlatego to piszę. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z sytuacji w Darfurze. Uważam, że w tej chwili jest to najbardziej palący problem na arenie międzynarodowej. I jeśli nic w tej sprawie nie zrobimy, to ludobójstwo nigdy się nie skończy.


like-a-rolling-stone 2008-08-14 23:49:54
skomentuj (0)

Darfur
Polska dla Darfuru
Eyes On Darfur
Woda Pitna - akcja PAH
Ratujmy Darfur
Amnesty International Polska - Darfur
Save Darfur
Sudan - prof. Reeves
24 Hours for Darfur
Day for Darfur
Darfur Diaries
Dream for Darfur
Darfur Olympics
Refugee.pl

Blogi
Morfeusz - szpitalne życie
Domka - studentka UM Lublin
Justysia ;*

Medycyna
Polska Misja Medyczna
Uniwersytet Medyczny w Lublinie
Ratownictwo Medyczne
Medical Student
Polska Rada Resuscytatcji
UM Lublin - prawdziwe oblicze ;)
Forum Biolog - kierunek lekarski
Forum Studentów Uniwersytetu Medycznego w Lublinie